dzis sobie myślałam jak cudnie byłoby cofnąć się chociaż na chwilke w te czasy, w których kobiety chodziły w małych kapeluszach, ze sznurami pereł na szyji, paliły w lufkach długie papierosy...i w ten sposób demonstrowały swoją niezależność...one walczyły o coś czego my, współczesne kobiety nie zawsze już chcemy...takie pseudo-równouprawnienie...albo nie chcemy w takiej formie...świat skręcił w jakąś przedziwną stronę...kobiety są coraz silniejsze, coraz bardziej świadomie i agresywnie wyrażają swoją cheć władzy i wolności, wybierając życie singielek....i to ma być to wymarzone równouprawnienie???
...a ja to bym chętnie sobie w domku posiedziała, potuliła Jagulka, miała czas na długie rozmowy z Łukaszkiem o tym co w nastolatkowej duszy gra, ugotowała dobry obiad i przesadziła kwiatki na balkonie...
ja to już chyba nie chce tego równouprawnienia...dzięki któremu żyje się jakoś szybciej, trudniej i wcale nie głebiej...
I jak to Maryla śpiewała
" a my tak łatwopalni, biegniemy w ogień by mocniej żyć..."
tylko czy napewno to właśnie daje szczęscie....
ale dziś jestem w filozoficznym nastroju ;) to ta jesień za oknem chyba mnie tak jakoś refleksyjnie nastraja...
jutro niedziela.jutro chcę byc poprostu kurką domową...upiekę ciacho z dzieciakami, poczytam Jadze książeczkę, zrobie przepyszny obiad z deserem dla chłopaków, posprzątam mieszkanko bo w poniedziałek znów muszę być "business woman" ....z tym równouprawnieniem na karku ;)
Moja nowa zakładka do książki w romantycznym stylu vintage...